Moja historia to jasny przyklad jak praca moze calkowicie wykonczyc czlowieka psychicznie. Mam 33 lat i siedem lat pracy dla tego jednego koncernu, praca ponad sily po 12 godzin dziennie, poczatkowe awanse i uznania. Szybka sciezka kariery i coraz wieksze wymagania ktore sama zaczelam stawiac sobie samej. Praca stala sie moim drugim domem. Wypelniala mi kazdy moment mojego dnia. Poswiecilam sie, moje zycie prywatne/uczuciowe przestalo praktycznie istniec. Z kolejnym awansem trafilam do srodowiska, ktore nie dawalo mi mozliwosci kreatywnej pracy, dodatkowo awans nie okazal sie tym co mi obiecano. Poglebiajaca sie frustracja i niechec doprowadzala mnie powoli do zalamania nerwowego. Cialo mowilo: nie moge juz dluzej, ale psychika uzaleznionego czlowieka zmuszala mnie dalej do pracy w tym srodowisku, z tymi ludzmi. Ciagly stres i napiecie w miesniach, brzuchu, a ostatecznie calkowita apatia a nawet nienawisc do pracy. Oczywiscie spadek mojej aktywnosci w pracy zostal zauwazony i wykorzystany przeciwko mnie pomimo tylu lat efektywnej pracy. To doprowadzilo mnie na skraj depresji. Ostatni dzien pracy przed urlopem na Boze Narodzenie ledwo przezylam. A potem po rozmowie z przyjaciolka poszlam do psychiatry, ktory mnie skierowal na psychoterapie. Juz to trwa ponad miesiac. Ucze sie na nowo siebie. Czego wlasciwie chce od mojego zycia. W jaki sposob odpoczywac i realizowac siebie poza praca. Jeszcze sie nie nadaje do powrotu do jakiejkolwiek pracy, ciagle mam ochote plakac na sofie u mojej terapeutki...
Zaloguj się, aby móc moderować.