Zaloguj się aby komentować blogi.
Wpisy:
Dodany: 2010-05-14 10:31:49 przez kasia.montgomery | ilość komentarzy: 24
Od lat wlecze się za mną cytat (chyba ze Stachury, ale pewności nie mam), że katar bierze się z brudnych myśli. Jeśli tak jest to nie wiem jaki diabeł we mnie siedzi. Od Wielkanocy nie mogę go przepędzić. Przywlókł się z gorączką wysoką i w kulminacyjnym momence nawet skusiłam się na antybiotyk, bo inaczej nie dałabym rady wrócić na nagranie małej Czarnej ze świąt u rodziców. Jakoś sobie funkcjonuję, ale jakość tego funkcjonowania jest kiepska. Dziś idę do moich drogich magików od leczenia alternatywnego, może wygnają dziada. Zwierzyłam się, bo może upublicznienie go zawstydzi.
W moim lokalnym Rossmanie wykupiłam już wszystkie Kleenexy. Jak narkoman patrzę na półkę gdzie stały z nadzieją na nową dostawę.
Dodany: 2010-04-22 17:11:21 przez kasia.montgomery | ilość komentarzy: 6
W najbliższą sobotę i niedzielę 0 12:00 nowe odcinki "małej Czarnej" po przerwie związanej z żałobą. W sobotę gościem będzie Małgorzata Kalicińska, autorka bestsellerowej serii nad rozlewiskiem, a rozmawiamy o przełomach w życiu i o tym jak je przechodzić.  W niedzielę zaś z Danutą Stenką o tym, jak ważna w życiu jest rodzina i ta z urodzenia, i ta z wyboru. Będziemy też rozmawiać o nowoczesnej antykoncepcji i o tym jak wybrać organizację, na którą można przekazać 1 proc. podatku. Zapraszamy.
Tradycyjnie kilka fotek z nagrania :) jak zwykle autorstwa niezastąpionego Macieja Lipińskiego.












Dodany: 2010-04-20 22:27:02 przez kasia.montgomery | ilość komentarzy: 8
To będzie okropna prywata. Mój psiak jest na "niepowrocie" i martwię się. Ten kundelek, który kilka miesięcy temu zamieszkał na moim tarasie jest urodzonym uciekinierem. Próbowałam mu uświadomić, że za płotem nie ma miski pełnej frykasów, a na jego terenie są same nagrody i pieszczoty, ale zew natury okazał się silniejszy. Już parę razy "dawał dyla" jak my to sobie domowo nazywamy, ale wracał. Tym razem scena była filmowa. Wróciłam po pracy i czułam, że powinnam mieć nagrodę w kieszeni. Wybiegł za bramę, zaznaczył teren - wrócił. Znowu wybiegł za bramę - wrócił rozochocony. Już lizał nagrodę, a brama się zamykała: spojrzał na mnie, na nagrodę i wcisnął się w te 30 centymetrów niedomkniętej bramy. I poooooszeeeeedł!
Czułam, że tym razem nie wróci tak szybko. Ma cały czas uchyloną bramę i pełną michę. Nie było go.
Okleiłam dziś naszą wieś jego zdjęciami. Jedyny problem, który mam, to fakt, że zawsze fotografowałam go w rozkosznej pozie - na plecach. I teraz wszyscy myślą, że jest maly jak lisek, a to spory pies. Znawcy psiej natury mówią mi, że taka jego głupia natura uciekierska. Ja wiem, że miał problemy z powonieniem. Nawet gdy mu rzucałam kawałki mięsa nie wyczuwał ich, musiał je zobaczyć. Miał też w sobie coś z charta, choć wcale na to nie wyglądał - potrafił obiegać dom z niewiarygodną prędkością conajmniej kilkanaście razy. Miałam kiedyś borzoja i zachowywał się tak samo.
Moja przyjaciółka chyba go dziś widziała, ale wydoroślał ostatnio, więc nie była pewna i nie wiedziała, że zaginął. Ma na szyi numer telefonu do mnie, więc skoro nikt nie zadzwonił wiem, że ten powsinoga, gdzieś się włóczy, wyczekuje pod jakimś plotem suczki z cieczką albo zażywa wolności. Bo wciąż wierzę, że nic się gamoniowi nie stało.
Czekam na niego, ale może go zobaczyliście gdzieś na południowych przedmieściach Warszawy to dajcie mi znać.
A teraz jedna z tych leżących fot...



Dodany: 2010-04-10 11:57:51 przez kasia.montgomery | ilość komentarzy: 13
Tragedia.

Dodany: 2010-04-09 00:51:42 przez kasia.montgomery | ilość komentarzy: 5
Gdyby nie wspaniała para Gruzinów, moje gminne miasto nie miałoby niezwykłego, południowego kolorytu, który sprawił, że zaczęłam nabierać do niego coraz większej sympatii. Bo patriotką lokalną być sobie mogłam wychwalając okolice i ludzi, ale do sympatii do tej niczemu niewinnej mieściny było mi daleko. Czasem ze znajomą z innego gminnego miasta również na południu Warszawy, licytowałyśmy się, które brzydsze. Przeczuwałam zatem, że nie w urodzie tkwi jego siła.

Zawzięłam się więc i na przekór wszystkiemu odkryłam w tym mieście kilka niezwykłych punktów.
Jednym z nich stała się niewielka gruzińska restauracja Gaumarjos. Jedzenie wyśmienite to jedno (nawet Maciek Nowak kulinarny recenzent je docenił), ale najbardziej chodzi o klimat jaki tworzą jej właściciele. To właśnie między innymi to miejsce nadało tego południowego kolorytu o którym piszę, choć możecie podejrzewać, że nieco przesadzam, bo trudno jedną restauracją z południowym klimatem odmienić tak bardzo klimat południowych przedmieść stolicy.
Ale kiedy latem ubiegłego roku i rok wcześniej, wracałam późno wieczorem z pracy, zawsze przejeźdżałam obok, żeby się zatrzymać, jeśli przy stolikach na koślawym chodniku zobaczę gospodarzy. W letnie wieczory, po miłej pogawędce z właścicielem panem Dawidem, wystarczyło lekko przymknąć oczy, żeby poczuć się jak gdzieś w Grecji poza turystycznym szlakiem.
Za dnia zdarzało się tam, że goście z różnych stolików skakali z dzieciakami w narysowane przez pana Dawida na chodniku klasy, albo głowili się nad twierdzeniem Pitagorasa (bodajże...), które wydawało się niezbędne w budowie tarasu, a który w końcu pięknie wyrósł spod piły i młotka pana Dawida. Magiczny wieczór zdarzał się też, gdy jego żona Liana absolwentka konserwatorium grała na pianinie. A wszystko to spowite rozmową, taką właśnie południową, żartobliwą, nieco filozoficzną, nieco leniwą. A to, co w niej pozwalało zapomnieć niemal natychmiast o zmęczeniu, to był komplement pana Dawida jak gruziński toast, tylko, że do zielonej herbaty czyli elokwentny, erudycyjny i z poczuciem humoru. Tak też pewnie będzie i tego lata, ja tych już usłyszanych nie odtworzę, a póki co garść anegdot w stylu gruzińskich toastów.



Była noc. Księżyc i cisza. On i Ona.
On powiedział: - Tak?
Ona powiedziała: - Nie.
Minęły lata. I znów noc, księżyc i cisza. On i Ona.
Ona powiedziała: - Tak?
On powiedział: - Tak.
Ale lata już były nie te.
Wypijmy za to, byśmy wszystko w życiu robili w porę!

***

Płynie przez rzekę żółw, a na jego grzbiecie zwinął się jadowity wąż.
Wąż myśli: "Ugryzę - zrzuci".
Żółw myśli: "Zrzucę - ugryzie".
Wypijmy za nierozerwalną przyjaźń, co znosi wszelkie przeciwności!

***

Dziewczyna szła wieczorem ulicą i usłyszała za sobą kroki.
Obejrzała się i zobaczyła przystojnego chłopaka. Obejrzała się drugi
raz, chłopak wciąż szedł za nią. Uznała, że warto na niego poczekać.
Obejrzała się po raz trzeci - chłopaka już nie było...
Wypijmy za to, by pracownicy kanalizacji miejskiej nie zapominali
zamykać studzienek!

***

Kobieta jest potrzebna mężczyźnie jak okrętowi kotwica.
Wypijmy więc za krążownik "Aurora", który miał tych kotwic cztery!

***

Szła żaba przez jezdnię, a że nie uważała, straciła tylne łapki pod
kołami samochodu. Doczołgała się do chodnika i myśli sobie:
- Całkiem ładne były te nogi, muszę po nie wrócić.
Ledwie zdążyła wejść z powrotem na jezdnię, jak następny samochód
pozbawił ją głowy.
Wypijmy za to, by nie tracić głowy dla ładnych nóg!

***

Idzie osioł przez pustynię. Idzie dzień, drugi, trzeci...
Słońce praży, osła męczy pragnienie. Nagle widzi: stoją dwie wielkie
beczki - jedna z wodą, druga z wódką. Z której zaczął pić?
Oczywiście z pierwszej!
Nie bądźmy więc osłami i napijmy się wódki!

***

Idę kiedyś przez park, księżyc świeci, a na ławeczce całują się chłopak
z dziewczyną.
Idę innym razem... księżyc, gwiazdy... a na tej samej ławeczce chłopak z
inną dziewczyną.
Idę znów tą drogą: noc, księżyc, gwiazdy... i ten sam chłopak na tej
samej ławce całuje się z trzecią dziewczyną.
Wypijmy za stałość mężczyzn i zmienność kobiet.

A dla tych, którzy chcieliby rozsmakować się w gruzińskich klimatach rekomendacja z repki, oczywiście moja ;)
www.repka.pl/Smaki/Restauracje/GAUMARJOS---restauracja-i-winiarnia.aspx